Dlaczego nie zostałem… dokerem?


Nie tak dawno obchodziłem 25-lecie swojej pracy dziennikarskiej. Cóż, dziennikarski fach kochałem ponad wszystko, a poza tym nikt nie jest wolny od odrobiny próżności. Cieszyłem się więc z gratulacji, życzeń, prezentów, ale… czułem się też trochę nieswojo. Wedle statystyk średnia długość życia dziennikarza wynosi 48 lat. Wniosek nasuwa się dość oczywisty – żyję już jakby na kredyt…  Pocieszam się jednak, że średnia długość życia się wydłuża (że już nie wspomnę o wydłużaniu wieku emerytalnego), więc może jeszcze kilka lat przede mną.

Poza tym przestałem uprawiać czynnie zawód dziennikarza. Dlaczego? To temat na całkiem osobne opowiadanie… Ale i na to pytanie odpowiem niedługo na tych łamach…

Dziennikarzem zacząłem być dopiero w wieku 30 lat. I to uważam za swój wielki atut, bo posmakowałem też „zwykłej” pracy. Kiedyś zauważyłem, że wśród pisarzy amerykańskich w dobrym tonie było podkreślanie, że w młodości było się… dokerem. To chyba dla nich synonim ciężkiej pracy fizycznej. Mieszkając w południowej Polsce mam dosyć daleko do najbliższego portu i musiałbym poprzestać na mniej spektakularnych zajęciach. Z odsieczą pośpieszyła mi… polska historia. Mój skromny studencki epizod opozycyjny sprawił, że w stanie wojennym jedynym zakładem pracy, w którym nie obowiązywał „wilczy bilet”, w ogóle o nic nie pytali i niczego nie sprawdzali, była… Huta im. Lenina (tak, ta krakowska, w Nowej Hucie). Byłem więc prawie dwa lata prawdziwym hutnikiem przy wielkim piecu. Mogę teraz swobodnie pospierać się z każdym amerykańskim pisarzem, czy cięższa jest praca dokera, czy hutnika… 

OKRES ROMANTYCZNY

Potem już było „zwyczajniej”. Wygrałem konkurs na reportera radiowego i zacząłem pracę w Radiu Kraków. Przez 15 lat przeszedłem wszystkie szczebelki: od reportera – biegającego z mikrofonem po mieście (i nie tylko mieście) w każdą pogodę i niepogodę – aż do publicysty i komentatora. I dzięki temu mogę o sobie naprawdę powiedzieć: zawodowiec. Tylko w taki sposób można było nauczyć się pokory wobec zawodu, umiejętności warsztatowych i natychmiastowego rozpoznania, gdy ktoś usiłuje mi „wcisnąć kit”…

Prowadziłem m.in. „Radiokonferencje” – cykl wywiadów z legendarnymi postaciami polskiej opozycji i najważniejszymi osobistościami polskiej sceny politycznej lat 90.

Moją specjalnością były (i nadal są) także (a może przede wszystkim) felieton i komentarz. „Lista Przebojów Tygodnia” (ironiczne podsumowanie najważniejszych wydarzeń) była najdłużej ukazującą się stałą pozycją na antenie Radia – Kraków (nieprzerwanie od 1992 r. aż do mojego odejścia w 2000 r.).

Udało mi się także (mam nadzieję, że z nienajgorszym skutkiem) coś, co rzadko udaje się radiowcom – łączyć dziennikarstwo „mówione” z publikacjami w prasie. Publikowałem felietony i komentarze polityczne oraz wywiady. Współpracowałem z miesięcznikami komputerowymi, w których ukazywały się moje omówienia różnego rodzaju zjawisk w polskim internecie oraz krytyczne recenzje ukazujących się na rynku programów i wydawnictw multimedialnych.

Równocześnie przez kilka lat byłem członkiem zespołu tworzącego od podstaw popularny talk-show „Rozmowy w Toku” w TVN. Do mnie należała redakcja scenariusza i przebiegu programu. Byłem też autorem mini-komentarzy wygłaszanych na początku i końcu programu.

W 1997 r. byłem twórcą i autorem pierwszej w Polsce internetowej witryny wyborczej na portalu www.onet.pl.

Przez kilka lat prowadziłem zajęcia ze studentami dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Byłem członkiem komisji konkursowych przy naborze kandydatów na dziennikarzy radiowych (a także autorem używanego w tych konkursach testu poprawności językowej). Byłem autorem i administratorem pierwszej strony internetowej Radia Kraków.

OKRES POZYTYWISTYCZNY

Z czasem jednak coraz bardziej odczuwałem potrzebę odejścia od tzw. wielkiej polityki. Jak już wspomniałem, w latach 90. miałem zaszczyt (i mówię to bez cienia ironii) spotykać się i rozmawiać z największymi legendami ówczesnej polityki (od Lecha Wałęsy, poprzez m.in. Jacka Kuronia, Leszka Moczulskiego, Jana Olszewskiego, Zbigniewa Romaszewskiego, Lecha Falandysza aż po Lecha Kaczyńskiego). To byli bardzo różni ludzie, nieraz o skrajnie odmiennych (a nawet w ogóle skrajnych poglądach), ale mieli jedną wspólną cechę – wizję, charyzmę i wiarę w ideały, o które wcześniej walczyli. Budzili szacunek, nawet gdy trudno było się z nimi zgodzić. W miarę upływu lat obserwowałem bezlitosne działanie kopernikańskiego prawa o „pieniądzu gorszym, który wypiera pieniądz lepszy”.

Los sprawił, że od 10 lat związałem się ze śląską rozgłośnią Radia Plus. Zacząłem zajmować się sprawami lokalnymi naszego regionu. I wsiąkłem… Obecnie zajmuję się przede wszystkim tematyką samorządową. Nie ukrywam, że jestem nią zafascynowany, bo dzięki samorządowi w całym polskim bałaganie widzę oazę logiki, spokoju i rozsądku. Tu prawo Kopernika działa jakby słabiej. Może dlatego, że jak coś jest tak blisko, to łatwiej zauważyć, gdy wciskają nam do ręki fałszywe banknoty? Jako dziennikarz, przez lata szczyciłem się tym, że znając wielu polityków, z żadnym nigdy nie byłem prywatnie „na ty”, nawet z tymi, których szanuję i cenię. Nie chciałem w imię swojej zawodowej niezależności. Dzisiaj z paroma samorządowcami jestem po imieniu. I nie wstydzę się tego. Oczywiście, mam nadzieję, że oni także… 

Od 2003 r. prowadzę cotygodniowy program „Poranna Kawa Radia Plus”, w którym dyskutuję o najważniejszych problemach regionu i kraju z prezydentami śląskich miast. Nieskromnie mogę też stwierdzić, że dużym echem odbiły się prowadzone przeze mnie radiowe debaty na żywo przed wyborami samorządowymi. Śmiem nawet twierdzić, że w kilku przypadkach ich przebieg mógł mieć wpływ na ostateczne decyzje wyborców w kilku miastach.

TO, CO LUBIĘ

Niesamowitym przeżyciem były też trzy lata pracy dziennikarskiej spędzone… w nocy. Nocne audycje oparte w całości na telefonicznych rozmowach na żywo ze słuchaczami na najróżniejsze tematy – to doświadczenie nie do przecenienia. Nie ukrywam też, że właśnie te audycje przyniosły mi popularność i „rozpoznawalność na ulicach”…

Można mnie spotkać także w nieco innej roli – prowadzącego imprezy. Od wmurowania kamienia węgielnego w potężnych inwestycjach, poprzez kameralne imprezy publiczne aż do… poprowadzenia przed 10-tysięczną widownią wielkiej uroczystości otwarcia stadionu piłkarskiego… Z przyjemnością prowadzę imprezy, na których ważne jest nie tylko, żeby coś powiedzieć płynnie i sprawnie, ale przede wszystkim z… sensem. Jestem do dyspozycji…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *